Wspominając JP II osobiście

Pierwsze dni czerwca 2019 roku obfitują we wspomnienia. Zwłaszcza 4 czerwca przywoływany jest w różnych jubileuszach i często odmiennych interpretacjach.

Wspominam jeden z tych czerwcowych dniu sprzed 40 lat. Kończyłem właśnie 8 klasę Szkoły Podstawowej nr 3 – jak się ostatnio dowiedziałem, znów została zamknięta, jakoś nie ma szczęścia.  Osobiście i bezpośrednio nie uczestniczyłem w tym pierwszym pielgrzymowaniu Jana Pawła II. Przypomina sobie dzień słoneczny, ciepły, już prawie wakacyjny dzień, za niecałe dwa tygodnie było zakończenie roku, zobaczyłem w telewizji relacje z przylotu Ojca Świętego i zaraz wyszedłem na balkon, spojrzałem na zupełnie pustą osiedlową ulicę i poczułem zupełnie inne powietrze.

Wiem, że to dziwnie brzmi, wiem – ale pamiętam takie samo uczucie, kiedy przechodziłem przez bramę Jasnej Góry. Wtedy tam był inny świat, inne powietrze, inaczej się myślało – przedziwna strefa wolności. To dziś jest nie do powtórzenia, bo ten świat wokoło jest zmieniony i już nie ma tej presji, tej beznadziei, z którą chcieliśmy wtedy jakoś, trochę naiwnie walczyć. Jak się okazało za kilka lat, było to możliwe.

Być może dla kogoś to chłopięce doświadczenie wydaje się banalnym, lecz dla mnie wtedy było czymś bardzo podniosłym, rodziło w sercu pragnienie zrobienia czegoś wielkiego.

Pierwszym takim doświadczeniem wobec osoby Jana Pawła II był oczywiście 16 października 1978 roku. W wieczornym Dzienniku – chyba tak się wtedy nazywał program niby informacyjny – usłyszałem, że Karol Wojtyła został papieżem, byłem sam w domu, wybiegłem do naszego (mojego i brata pokoju) i klękając przed obrazem „codziennej modlitwy”, modliłem się z radości.

Oczywiście na kolejną pielgrzymkę już się wybrałem.  Z przyjaciółmi wybraliśmy Częstochowę i Kraków. Częstochowskie, niezapomniane spotkanie z młodzieżą i Kraków z obowiązkową wizytą na Franciszkańskiej 3, z rzędami milicyjnych samochodów, śmigłowcami nad głową, panami poszukującymi kto odważył się krzyknąć wobec Papieża: Biją nas.

Przemiany tamtego czasu, kruche i niewiadome kazały chwytać się czegokolwiek, zanim minie – stąd przez kolejne 20, a nawet więcej lat przechowywałem w drewnianym pudełeczku po zapałkach płatki kwiatów z Franciszkańskiej, po których przejechał samochód Ojca Świętego – banalne? Może i tak, ale wtedy to były jedyne namacalne rzeczy tamtych dni. Podobnie jak mała, miedziana odznaka Solidarności z 1980 roku, którą mam przy sobie do dziś. Świadkowie historii niemówiący, ale przywołujący we mnie wiele. Historie związane z częstochowskim spotkaniem i pobyt w Krakowie: Błonia, Franciszkańska i Łosiówka, poczekają na jakieś inne opowiadanie, o ile jeszcze będzie.

Kiedy spotkałem Jana Pawła II tak blisko i osobiście? Tak, to był 1991 rok, spotkanie z osobami konsekrowanymi w Kielcach na chwile przed Światowymi Dniami Młodzieży, podczas których organizowanie pobytu młodzieży było tak zajmujące, że byłem tylko na jednym spotkaniu z Janem Pawłem, gdzie na końcu częstochowskich alei.

Potem oczekiwanie na – tak czekałem na to – na odprawianie mszy świętej razem. Raz w Krakowie już miałem wszystko i wtedy Ojciec Święty zachorował, kolejny raz w drodze, już w pobliżu ołtarza zostałem poproszony o spowiedź i tak już zostałem do końca mszy. Żal mi było tej okazji, ale… Wreszcie doczekałem się podczas Światowych Dni Młodzieży w Toronto – czy można sobie to lepiej wymarzyć i młodzież i Ojciec Święty tak ich kochający. Podczas tej mszy świętej zapowiedział spotkanie w Kolonii, na które już nie dojechał.

Takie to drobne wspominki, osobiste nie o wielkich przemianach świata, które wtedy się dokonywały, a o sercu chłopca. Chłopca, który marząc o  wielkich zmianach, nawet nie zauważył, jak stał się ich częścią, uczestnikiem, czasami dokładając drobne elementy do tych przemian.

[Foto: Dariusz Bartocha sdb]

Author: Dariusz Bartocha

Share This Post On