Savionalia

​Od wielu lat, to jest pierwszy tydzień maja, w którym deszcz nie wywołuje we mnie niepokoju bądź wielkiego stresu, a raczej satysfakcję zarówno z powodu przyrody potrzebującej wody jak i chłodniejszych i deszczowych dni ograniczających chęć wychodzenia z domu – co w tym specyficznym czasie jest ważne.

Przez lata pierwszy lub drugi weekend maja wiązał się z organizowaniem Savionaliów. Historycznie spotkania te rozpoczęły się w 1984 roku jako spotkania wspólnot ministranckich, gromadząc na początku 120 uczestników, a w 1990 roku aż 440. Tego roku byłem ich uczestnikiem z grupą służby liturgicznej z Lublina. Spotkanie koncentrowało się wokół liturgii, sportu i spotkania, które ze względu na ilość uczestników odbyło się wtedy na wiślanych wałach, a nagłośnieniem była „jakaś tuba”.

Myśląc o tym spotkaniu, zdobyłem się na odwagę i poprosiłem o rozmowę z ówczesnym delegatem do spraw duszpasterstwa młodzieżowego w inspektorii krakowskiej, proponując mu poszerzenie formuły spotkania i zaproszenia wszelkiej młodzieży na stałe uczestniczącej w naszym wychowaniu i duszpasterstwie. Spotkaliśmy się na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, przyjął pomysł z życzliwością i zaproponował, byśmy ponownie się spotkali po powrocie ze świąt. I zaczęło się …

Delegat zaproponował pracę na tym spotkaniem w zupełnie innym stylu. Wszystko wyglądało na formowanie rządu w którym zostałem premierem i miałem dobrać sobie ministrów do różnych spraw: informacji, finansów, liturgii, posiłków, noclegów, organizacji rozgrywek sportowych, kultury, koncertów, dekoracji i organizacji przestrzeni, transportu itp.  Udało się zgromadzić skład, choć wtedy instytucja seminarium była dosyć zamknięta, a majowy weekend był jedną z niewielu możliwości na corocznie organizowany wyjazd dla wszystkich kleryków, co oznaczał, że desperaci nie tylko prosili się o dodatkowe zajęcia, ale jednocześnie pozbawiali się wyjazdu do Witowa. Dziś nie pamiętam, ilu nas wtedy zostało do organizacji, wiem, że część pochodziła z naszego kursu, w tym Bogusław Zawada, który potem jeszcze wielokrotnie uczestniczył w organizacji albo organizował Savionalia, spora część pochodziła z drugiego kursu, dla którego byłem asystentem  w nowicjacie.

Rozpoczęliśmy regularne spotkania co tydzień lub co dwa z długimi dyskusjami o tym co, jak, dla kogo itd. Przynosiliśmy swoje pomysły i rozwiązania kolejnych problemów, które były konfrontowane z możliwościami i nieraz trzeba było ich mocno bronić, albo zupełnie zmieniać. Udało mi się wygrać debatę o nazwę. Nie pamiętam ile propozycji padło,  ale moje Savionalia łączące patrona spotkania Dominka Savio z wszystkim, co łączyło się ze słowem  juwenalia, wydawało mi się genialnym pomysłem. Okazało się, że największą trudnością było przekonanie wszystkich, że ta zbieżność nie zaszkodzi spotkaniu i damy radę nadać mu swoisty charakter. Po części udało mi się wygrać debatę o logo – nie miałem, żadnych talentów graficznych, ale metodą: kopiuj, wycinaj, doklejaj itd. przygotowałem znaczną jego część, a po zaakceptowaniu przekazałem kl. Romanowi Kotowi, który miał przygotowanie plastyczne odpowiednie do takiej pracy i on nadał wszystkiemu odpowiedni szlif. Z kolejnymi wariantami w kolorze i monochromatycznymi już sobie radziłem. Natomiast przegrałem batalię o kolory zarówno logo jak i kojarzone ze spotkaniem. Miałem przygotowany zestaw trzech kolorów, ale na jedno ze spotkań, szef Kazik przyniósł inny zestaw ze szczegółowym opisem, dlaczego tak – i tak zostało.

Kolejna długo toczona debata dotyczyła miejsca. Upierałem się, by Savionalia zorganizować głównie na krakowskich błoniach, większość te zasadniczą bazę widziała na Łosiówce. Udało mi się wszystkich przekonać, że błonia to dobry pomysł – ale to nie był najlepszy pomysł na ten pierwszy raz.

Krok po kroku udawało się wynajmować kolejne szkoły na noclegi, kolejne boiska i sale na rozgrywki sportowe, powstawały materiały informacyjne, pierwszy raz gromadziliśmy sporą listę sponsorów. Oczywiście niektóre działania dziś wydają się banalne, ale jeśli przypomnę, że mieliśmy dostęp do jednego komputera z drukarką igłową, kserokopiarką dostępną w  biurze odległym o kilometr drogi,  a jedyny kolor, na jaki nas było stać, polegał na zmianie koloru papieru w kasecie drukarki. Choć trzeba dodać, że jeden ze sponsorów wydrukował nam chyba 80 naklejek z logo w wielkości 100 × 70 cm. Służyły nam potem przez wiele lat. Duży baner o wymiarach – pewnie 4 m na ponad 2 Marek malował 3 dni, włączając w to także niektóre noce.

Chciałoby się jeszcze pisać o tych początkach, ale to mogłoby zamęczyć czytających, więc rozpoczynamy pierwsze Savionalia.

Wszyscy zjechali się wieczorem 3 maja 1991 roku. Niestety pogoda nie była rewelacyjna. Następnego dnia o godz. 4.00 ktoś – ciekawe, bo zupełnie nie pamiętam kto – odprawił nam mszę świętą, po której wyszliśmy na zewnątrz i patrząc na bardzo zachmurzone niebo, przez chwilę debatowaliśmy: jedziemy na błonia czy jednak zostajemy tutaj? Padła decyzja: jedziemy. Pakowaliśmy wszystko: dekoracje, flagi, radiotelefony pożyczone z wojska dla zapewnienia łączności, które i tak po godzinie przestały działać, sznurki, młotki, taśmy, eksponaty potrzebne do zorganizowania konkurencji  itd.

Młodzież po śniadaniu poszła do kościoła na Dębniki, a po mszy świętej w marszu prowadzonym przez seminaryjną orkiestrę miała dotrzeć na błonia. Wszystko było przygotowane, wielki pochód prawie 1000 młodych ludzi pojawił się na początku błoń i zaczęło padać i nie chciało przestać. Taki początek zafundowaliśmy Savionaliom. Jeśli padało na posiłki i ciepłą herbatę wbiegaliśmy do najbliższej szkoły, dokąd dostarczaliśmy w wypożyczonych termosach bigos przygotowany na Łosiówce. Wszyscy byli mokrzy, ale dobrze się bawili. Niektórym wydawało się, że to może być koniec imprezy, że już następnego roku nikt się nie wybierze na spotkanie. Mylili się.

Następnego roku przyjechało 1200 osób, nie padało, a to, co z tych pierwszych spotkań pamiętam najbardziej, to rozdawanie dyplomów na zakończenie Savionaliów, sala teatralna na Łosiówce – oczywiście  bez krzeseł – była wypełniona do ostatniego centymetra młodzieżą, która na przemian spontanicznie skandowała Salezjanie i dziękujemy.

Nowość roku 2020 sprawiła, że Savionalia ani 30., ani 37. – jeśli liczyć od spotkania ministrantów się nie odbędą. Czy będą za rok? Oczywiście będą, takie czy inne będą. Będą, bo są Świętem Salezjańskiego Ruchu Młodzieżowego, który jest i będzie dopóki będą młodzi ludzie żyjący salezjańską duchowością młodzieżową. I być może coś się zmieni, tak jak się zmieniały one same od spotkań dla samej służby liturgicznej, przez Savionalia nazywane – Inspektorialnym Dniem Młodości, później Inspektorialnym Świętem Młodości, a wreszcie Inspektorilanym Świętem Salezjańskiego Ruchu Młodzieżowego.

To nie jest tak ważne jak sama obecność młodzieży. Bywało ich czasami aż 2000, a nawet prawie 2300 jeśli policzmy te Savionalia połączone z Igrzyskami Młodzieży Salezjańskiej w 2012 roku, ale najważniejszy jest zawsze każdy z nich, każdy z młodych i jego osobiste życie, które trzeba wygrać.

Author: Dariusz Bartocha

Share This Post On