Pamiętam o Was

Będąc na dłużej poza domem zaczynam myśleć inaczej, choćby tak jak na Valdocco czy mocując się z nieosamotnioną bliskością. Myśli nie koncentrują się tym jednym dziele w którym pracuje; na osobach, które są blisko; na zadaniach, nawet tych długofalowych, ale otwiera się we mnie przestrzeń myślenia – szerszego, bardziej uniwersalnego.
Czasami kierunek myślenia zależy od tematu, który mnie zajmuje. Inaczej inspirują, konferencje, szkolenia, spotkania czy rekolekcje. Na początku tegorocznych rekolekcji przypominały mi się różne osoby z Oratorium. To dosyć częste zjawisko w czasie świąt, wakacji czy np. rekolekcji, albo dostatecznie długiej podróży.

Myślę o osobach z którymi byliśmy razem w kieleckim Oratorium lub na wspólnych wakacjach. Często są to ministranci czy młodzieży z czasów kopieckiej lub lubelskiej asystencji. Oczywiste jest, że myślę o osobach z czasu pracy w Oratorium w Kielcach czy późniejszej i dłuższej w Krakowie (choć młodzież była z różnych miejscowości, a obecnie jest nawet z różnych państw), a i młodzież z Oświęcimia zdobyła sobie już sporo miejsca w mojej pamięci.

Myślę o tych wszystkich osobach. Czasami pamiętam je bardzo dobrze, czasami tylko imię, nazwisko lub przydomek, czasami tylko twarz. Z niektórymi utrzymuję stały kontakt, z innymi czasami się widujemy, niektórzy co jakiś czas się odzywają, o niektórych dowiaduje się jedynie ze zdjęć i wiadomości w socjalmediach lub od innych znajomych. Oczywistym jest, że każda dobra wiadomość daje radość, satysfakcje i szczęście z powodu udanego życia, kogoś kto spotkał się z Księdzem Bosko i żył, może nawet nadal żyje jego duchowością. Natomiast każda zła wiadomość, czy choćby podejrzenie o życiowe trudności, pomyłki itp. rodzą we mnie pytania: czy można było zrobić coś więcej?, czego nie dopatrzyłem?, w którym momencie popełniłem błąd? Jego czy jej przegrana staje się moją i boli. Bolą różne sytuacje: odejścia od kościoła, bo takie się zdarzały, samobójstwo, tragiczna śmierć, nieudane małżeństwo, nieradzenie sobie z życiem, itd. Bardzo często boli gdy widać, że część wartości wtedy przez nas podzielanych gdzieś się zagubiła, niestety cześć osób nie potrafiła się wyrwać ze złego środowiska lub tego, które nie promowało wartości, choć Oratorium na pewien czas już przeniosło ich w inny świat. Na szczęście o zdecydowanej większości można mówić z dumą, opowiadając jak sobie radzą w życiu, jak się rozwijają, często też słyszy się, że dobrze wspominają tamten czas. Po latach, niektórzy nadal przyznają się do młodości duchem, zwykle uśmiecham się wtedy pod nosem pamiętając co napisałem o młodych duchem. Część z nich to te moje Zielone Anioły.

Dlaczego o tym napisałem? Może dlatego, że za tydzień mija 32 lata od dnia, kiedy po zakończonym nowicjacie 30 sierpnia 1986 roku złożyłem swoje pierwsze śluby zakonne ostatecznie oddając się Bogu i młodzieży. Choć formuła profesji jest długa to może ją streścić: Da mihi animas, cetera tolle. Co prawda sama decyzja dojrzewała znacznie dłużej, nawet dłużej niż rok i trudno byłoby wskazać taki jeden moment, taką magiczną chwilę, a tak definitywnie dokonało się to na przestrzeni 1985 roku, Międzynarodowego Roku Młodzieży, a w szczególny sposób od 7 września 1985 roku kiedy dotarłem do nowicjatu. Napisałem to być może dlatego, że przypomniałem sobie zdanie z listu na zakończenie mojej inspektorskiej posługi: Jesteście dla nas tlenem, dzięki któremu możemy spalać nasze życie służąc Bogu. [punkt 3.].
A na pewno dlatego, że nadal pragnę dla wszystkich młodych – ale tak osobiście dla każdego –  szczęścia, życia w prawdzie dobru i pięknie. Bez względu na to kiedy i kogo sobie przypominam polecam go Bogu i uśmiecham się do niego z życzliwością wiedząc, że nadal jest pod opieką Maryi Wspomożycielki i w sercu Księdza Bosko.

W dniu wspomnienia przejścia do nieba 5 wychowanków Oratorium z Poznania.

[Foto: Z archiwum Eurizon 2007]

Author: Dariusz Bartocha

Share This Post On