Nieosamotniona bliskość

Wakacyjna lektura książki Johna Grishama „Więzienny prawnik” przypomniała mi o starej rozmowie i prośbie znajomej. John Grisham w połowie utworu, wykorzystując amerykański program ochrony świadków kazał Malcolmowi Bannisterowi stać się kim zupełnie innym, to znaczy, od określonego momentu ma na świecie pojawić się: Max Reed Baldwin. Malcolm ma zmienić dla Maxa wszystko co tylko jest możliwe, twarz (operacja plastyczna), głos (godziny ćwiczeń) charakter pisma (uczy się pisać lewą ręką), sposób poruszania się, gesty (sesje z psychologiem) itd., ale to co jest najtrudniejsze, co jak się okaże – stało się niemożliwe, a nawet nie pożądane – musi zapomnieć o przeszłości, zostawić całe swoje życie, żonę, syna, ojca, wszystkich znajomych, znajome miejsca, pamiątki, wszystko, wszystko, wszystko.

Kilka lat temu rozmawiałem ze znajomy na temat naszych częstych przeprowadzek i zmian z miasta do miasta, od jednego zaangażowania do innego (zwyczajnie dzieje się co parę lat – co 2-3 albo 6, czasami co 9, wyjątkowo po dłuższym czasie). Dla niego, taka sytuacja była nie do zaakceptowania. Mówił, że „to całkowite wyrwanie z jednego środowiska do innego, porzucenie przyjaciół, znajomych osób i miejsc na rzecz czegoś zupełnie nowego – ja nie potrafiłbym tak żyć – zakończył”. W pewnym sensie miał rację. Nawet w dzisiejszym skomunikowanym świecie, w naszej sytuacji, nie łatwo jest utrzymywać zażyłe relacje – z jednej strony ze względu na odległość i ograniczone kontakty, a z drugiej będąc zobligowanym i postawionym przed oczekiwaniem budowania nowych bliskich relacji.

Innym razem znajoma poprosiła mnie bym napisał coś o samotności. Temat jakby z odwrotnej strony lustra, a jednak bliski poprzedniemu. Zapewne nie jestem specjalistą w tej kwestii – tak pomyślałem – lecz po dłuższym czasie postanowiłem coś napisać. Przypomniałem sobie jakieś pojedyncze chwile takiego totalnego osamotnienia. Pamiętam ich przynajmniej kilka. Jedną z nich był zwykły wrześniowy wieczór na nowej placówce, kilka tygodni po przeprowadzce, kiedy niby wszystko zaczęło żyć normalnym rytmem. Przypomniałem sobie, że w Oratorium (moim poprzednim miejscu pobytu) o tej porze dnia i tygodnia nie mógłbym spokojnie przejść przez podwórko czy dom bez kilkunastu pytań, powitań itp., bez „pogoni” miedzy jednymi a drugimi zajęciami. A tu, byłem sam, zszedłem do kuchni, żeby poszukać czegoś do zjedzenia na kolację. Znalazłem dwa jajka i cztery plasterki wędliny. Zrobiłem jajecznicę, popiłem herbatą, chleba nie było – i już. To oczywiście była jakaś wyjątkowa, jednorazowa sytuacja, zwyczajnie żyjemy we wspólnocie – może jednak zdarzyć się, że będąc z innymi można poczuć się samotnie. To doświadczenie nauczyło mnie, że poczucie samotności nie zależy od tego czy jest ktoś obok mnie czy nie, to jest raczej to czym żyjemy. Bardziej zależy od naszego wnętrza niż od zewnętrznego świata.

Kilka dni temu chciałem zrobić grafikę złożoną z kilku zdjęć przyjaciół, najbliższych mi osób. W wyobraźni powstała forma, podzieliłem ją na pola, które trzeba było wypełnić zdjęciami. Tu rozpoczęły się przysłowiowe schody. 9 pól. Kto powinien je zająć? Podzielałem pola dla mężczyzn i kobiet (kiedyś chłopców i dziewcząt), potem wpadłem na pomysł – dołożę małżeństwo. Zaczyna brakować pół, a przypomniałem sobie jeszcze o tych mieszkających w innych miejscowościach, potem o tych którzy wyjechali za granicę. Śmiertelnym ciosem dla pomysłu była próba określenia czasu o jakim myślałem. To powinni być przyjaciele z czasów szkolnych? Czy może Ci z czasu pierwszej pracy, a może poznani niedawno? To koniec – projekt był nie do zrealizowania – okazał się za mało pojemny. Dobrze, że ludzkie serce jest pojemniejsze i może zmieścić wiele osób, wspomnień, sytuacji itd. Nie ma jednak takiej globalnej kategorii jak „przyjaciel”, każdy jest absolutnie inny, co innego nas łączy, o czym innym rozmawiamy, co innego wspominamy. Ci wszyscy są dla mnie przyjaciółmi, są mi bliscy, ale gdyby spotkali się razem, może byli by zaskoczeni jak są różni.

Mam nadzieje, że nie stanie się nic takiego co zmusiłoby mnie do „zmiany” twarzy, prócz tego naturalnego codziennego procesu, nie potrzebuję zmieniać charakteru pisma, choć ten który mam nie jest za piękny, a już na pewno – podobnie jak Malcolm – nie potrafiłbym zapomnieć tych, którzy przez lata – bardziej lub mniej świadomie – budowali historię mojego życia. Z niektórymi spotkałem się ponownie po wielu, wielu latach i to co jest najpiękniejsze to ta „zwyczajna – zwyczajność”. Trochę z przekory umieściłem w nagłówku hawajskie palmy – jak znak czegoś czego nie widziałem, znak tego co dopiero przyjdzie, by nie pielęgnować jedynie tego co poza mną (poza nami), ale z szeroko otwartymi oczyma, ramionami i umysłem witać przyszłość.

[Foto: Aleksandra Izabella Matuszewski]

Autor: Dariusz Bartocha

Podziel się

4 komentarze

  1. Oj, to jest temat, nad którym i ja często się zastanawiam. Po pierwsze, czy nie jest to także związane z charakterem – umiejętność posiadania „stałych” przyjaciół na zawsze, a nie „tu i teraz”. Po drugie, ciekawe, czy pozostanie w jednym miejscu na dłuższy czas po ciągłych przeprowadzkach wprowadziłoby zmianę, czy mentalnie pozostaje się włóczykijem.

    Pozdrawiam serdecznie!

    Napisz odpowiedź
  2. Jak często bywa – tak myślę – jest zależne od każdej osoby. Mnie nie męczy stałość miejsca, więc pewnie nie ma problemu włóczykija, wydaje mi się też, że dość dobrze znoszę zmiany. Choć po każdej pozostawał czas, że częściej „oglądałem się za starym miejscem” :)

    Napisz odpowiedź
  3. [Andrzej Witowski Sdb napisał na FB jako komentarz]: Kiedyś wyczytałem, że ludzie dzielą się na dwie grupy: „ludzie-ptaki”, którzy w każdej chwili gotowi są do lotu, do podróży i na: „ludzie-pniaki”, przyrośniętych na stałe do swojej ziemi.
    Ale i dla tych pierwszych jak i drugich potrzebna jest codzienna konfrontacja z samym sobą, codzienne stawianie czoła życiu i śmierci, codzienne „zapominanie o przeszłości”, i zostawianie tego co było. Ot, nasze „chrześcijańskie bycie w drodze”. [a w następnej wiadomości] Postscriptum przed „patagońską sjestą”. Mówi się też, że dzielimy się na tych, którzy jedynie śnią o nieznanych rejonach i tkwią w miejscu, odkrywając próżność swoich snów, oraz na tych, którzy wprowadzają swoje marzenia w czyn. Myślę, że tutaj pasja (młodzież, misje, wychowanie, etc.) są świetnym sposobem na odkrywanie przyszłości i zgłębianie „Nieznanego”.

    Napisz odpowiedź

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *