Natural-nie

Temat powraca i powraca. Od kilku dni, we mnie, a to w rozmowie, a to za pośrednictwem prasy czy radia powraca temat większego bogactwa ludzi którzy doświadczyli mieszkania w małej miejscowości, na wsi lub w jakimś oddaleniu od wielkich ośrodków od tych którzy od samego początku zostali umieszczeni w mieście lub precyzyjniej mówiąc w jego centrum.Generalnie stawiamy pytanie – czy ma jakieś znaczenie w jakich warunkach następuje nasz rozwój i poznawanie świata? Odpowiedź wydaje się oczywista; tak -– warunki zewnętrzne mają pewne znaczenie. Tu jednak pytamy o te warunki – geograficzno-przyrodnicze szeroko pojęte i o rozmiar tego wpływu. Nie chodzi przecież o banalną tezę, że skoro ktoś nie ma dostępu do internetu i ma daleko do szkoły, stąd ma mniej czasu na naukę, więc zapewne umie mniej.

Z rozmów, przeczytanych świadectw i moich doświadczeń wynika, że ten wpływ jest w znacznym stopniu odczuwalny – co oznacza, że osoby które w dziecięcym wieku doświadczały takiego kontaktu z naturą, przyroda itd. – oczywiście na dłużej niż na 3-4 dni wakacji – inaczej postrzegają wiele zjawisk, świat i siebie w nim. Rozmawiałem kiedyś o podejściu do formułowania celów i sposobie ich osiągania przez ludzi urodzonych w górach i nad morzem. Perspektywa krótka i „stroma” w porównaniu z odległą i otwartą wydaje się prawie warunkować, albo przynajmniej sugerować sposób działania.

Na przykład w takich naturalnych warunkach chodzi się po drogach, które zostały „wydeptane” w najlepszy z możliwych sposobów, są wygodne na miarę wygody jaką można osiągnąć nie używając buldożerów i betonu. Można powiedzieć, że te drogi mają swoje życie. Potrafią się zmieniać w swej niezmienności nawet z dnia na dzień, a zmiana nie jest zarysowana nową dziurą w asfalcie czy brakującą kostką w chodniku – które można naprawić, ale jest bardziej generalna, rozległa, „plastyczna”. Droga zmienia się wraz z tym jak żyje bądź umiera, trawa, kwiat, jak odsłaniają sie kamienie lub powstają kałuże po ulewie. Wydaje mi się, że w takich warunkach nabieramy większej pokory wobec zjawisk przyrody i z konieczności uczymy się jak sobie z nimi radzić i jak je wykorzystywać. wiemy też, ze one mogą nas zaskoczyć.

Myślę, że niezłym porównaniem jest przedstawienie centrum miasta jako filmu, a wioski jako książki na ten sam temat. „Centrum – film” w swojej kondensacji – daje wiele od razu, jakby za nas, porządkuje, prowadzi, podpowiada, powstaje bardziej w zależności od człowieka „reżysera – architekta”. W drugim przypadku, tak jak przy czytaniu książki wiele odwołuje się do naszej wyobraźni. Mimo pozornej stałości codziennie dokonuje się o wiele więcej zmian niż w mieście, lepiej widać pory roku, łatwo dostrzegamy ludzką interwencję w krajobraz, z braku gotowej opowieści kształty drzew, chmur, cieni stają się aktorami – teatru codzienności. Podobnie jest z zapachami, odczuwaniem temperatury, wiatrem, rytmem życia które bardziej reguluje wschodzące i zachodzące słońce, mocniej dotyka nas groza burzy i delikatność babiego lata, itd. – co w przestrzeni miejskiej podlega dużym regulacjom wprowadzonym przez nas samych i stabilności gwarantowanej brakami finansów na inwestycje dzięki którym zmieniany oblicze miasta.
No właśnie – w mieście możemy nabywać poczucia, że można zrobić to lub tamto, jeśli będą pieniądze, a słońce nadal wschodzi i zachodzi za darmo, ale zawsze wtedy kiedy ono chce, a nie kiedy my chcemy– brakuje wyłącznika słońca.

Wiele można jeszcze pisać, ale to niewiele mówi tym którzy nigdy nie dotykali mgły, nie jedli niekształtnych jabłek, nie wyłuskiwali nasion z rosnącego słonecznika, nie budowali tamy na rzece, nie przełamywali strachu by wspinać się wyżej i wyżej na kolejne drzewo, itd. Dziele się takim doświadczeniem, dzięki któremu zdjęcie np. kwiatowej łąki znalezione w internecie ma nie tylko kolory i kształty ale zapach ziemi, faluje dotykane wiatrem i łaskocze po łydkach lub przyjemnie chłodzi poranna rosą.
Zapraszam do wydobywania wspomnień uruchomiających wyobraźnie lub jeśli komuś brakuje wspomnień, zapraszam do nabywania takiego doświadczenia.

Fotografia przedstawia Castellucio di Nurcia, podobno najpiękniejsze miejsce we Włoszech a jest zaczerpnięte z: http://www.ungiornodifesta.com/2012/06/la-festa-della-fiorita.html

Autor: Dariusz Bartocha

Podziel się

6 komentarzy

  1. mieszkam w mieście, ale wiele wakacji w dzieciństwie spędziłam na wsi i tak jak w tym artykule, mogę powiedzieć, że nic nie zastąpi mi w mieście biegania po ściernisku, zapachu świeżej trawy, rosy na nogach…..dla mnie wieś jest kawałkiem raju

    Napisz odpowiedź
  2. Żeby było jasne, na wstępie zaznaczę, że bardzo szanuję autora powyższego tekstu, wszystkie zastanowienia czytam z ogromnym zainteresowaniem. Nie mogę się jednak do końca zgodzić z tym tekstem a już z pewnością nie zgodzę się ze zdaniem porównującym „centrum miasta jako filmu, a wioski jako książki”.
    Podam tylko jeden przykład. Wyobraźmy sobie taką sytuację. Człowiek wychowany na wsi przeprowadza się do centrum. Od pierwszego dnia musi tam walczyć o przetrwanie. I nie chodzi tu o stronę finansową. Musi wiedzieć, że aby dostać się do pracy musi pojechać 4 przystanki tramwajem 26, później przesiąść się w 48, dojechać do pomnika Piłsudskiego, przejście podziemne i autobus 128. Ale jest też krótsza droga tylko trzeba przejść od domu 2 przecznice, wsiąść w 145 i można dojechać do pracy 20 minut prędzej. Niestety 146 nie jeździ w dni wolne od szkoły, a w roku szkolnym jedzie wielu uczni, więc jest możliwość , że się nie wsiądzie za pierwszym podejściem. Walka o przetrwanie – gratis.
    Teraz odwrotnie człowiek wychowany w mieście, który wg. autora artykułu żyje w wykreowanym przez reżysera-architekta świecie zostaje umieszczony na wsi. Zanim wyciągnie wodę ze studni nie obijając o jej boki wiadra by mieć czystą wodę, pewnie minie pół dnia ale jak będzie mocno spragniony to wyleje brudy i użyje wodę wyciągniętą za pierwszym razem. Kiedy będzie chciał mieć ciepło będzie musiał narąbać drzewa i nauczyć się palić w piecu. Za pierwszym razem zadymi cały dom ale następna rozpałka pójdzie lepiej. Kiedy wybierze się do lasu na grzyby zapuszczając się w sam jego środek z pewnością zgubi drogę ale myślący człowiek będzie poznawał las małymi krokami.
    Dlaczego o tym piszę ? Sugeruje Ksiądz, że w mieście nie ma kolorów, zapachów, dźwięków kształtujących wrażliwość człowieka. Jednak w mieście też widać gwiazdy na nocnym niebie a jeśli ktoś widział w mieście zachodzące miedzy blokami słońce, odbijające się w szybach 20 piętrowego biurowca będzie czekał na ten widok cały dzień. I będzie się nim delektować zupełnie za darmo. Całkiem gratis dostaje się zapach chleba z pobliskiej piekarni , widok zmokniętego gołębia na barierce balkonu. Trzeba przełamać strach by przedostać się przez niejedną ruchliwą ulicę do kamienicy w której właśnie okociła się kotka.
    A ja zupełnie za darmo mam widok z okna na ptasie gniazdo. Mieszkam w mieście.

    Napisz odpowiedź
    • :) zgoda – nie stawiałem jasno tezy o „wyższości jednych nad drugimi”, raczej o innych warunkach, ale „widzą” Ci którzy potrafią zobaczyć.

      Napisz odpowiedź
      • więc chyba raczej nie ma znaczenia czy ktoś urodził się w górach czy nad morzem, wychował na wsi czy w mieście. Znaczenie ma czy na ten sam temat chętniej „oglądnie film” czy „przeczyta książkę”.

      • Nie zupełnie, tak daleko bym tego nie ujednolicał. Wszystko co generalizujemy staję w jakimś momencie „trochę nieprawdziwe”, ale konkretne doświadczenie – uczy. Nie każdy rodzaj trudności uczy nas tego samego. Pewnie to długa dyskusja.

  3. Ja się wychowałem na książce, potem wyjechałem do filmu i gram w nim do dzisiaj zerkając często z nostalgią do swojej książki. ;)

    Napisz odpowiedź

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *