Jacy salezjanie

Wymarzony  salezjanin.
Opisując w czasie kapituły tego wymarzonego salezjanina, młodzież powiedziała, że oczekuje od nas: osobistego zainteresowania się drugim człowiekiem, otwartości, autentyczności, odpowiedzialności za słowo, szczerości, umiejętności budowania relacji, kreatywności wraz z otwartością na to co nowe,  stanowczości w rozwiązywaniu konfliktów; mamy bać się Boga czyli go kochać, mamy być przykładem wiary, być dobrymi ojcami i wychowawcami; wreszcie pozwalać się wygadać, mieć pasje i po prostu być.

Oczywiście usłyszeliśmy też sporo gorzkich słów. Nawet jeśli o niektóre nie podejrzewałem siebie to i tak bardzo bolało, bo to jednak jest o nas, a co więcej to jest coś czego doświadczyła młodzież. Tym bardziej trudne zadanie czekało własnie  młodzież czyli Janka, by z odwagą wszystko wypowiedzieć. Przypomniałem sobie też list od młodzieży z przed paru lat, jakże on był wtedy inny. Myślę, że to jest jeszcze jeden znak zbliżenia.

Usłyszałem, że salezjanina może nie być, że poświęca młodzieży zbyt mało czasu, może nie być przyjacielem, bagatelizuje zwłaszcza problemy innych, faworyzuje; oznacza go kilka epitetów oznaczających elementarny brak kultury, traktuje innych instrumentalnie, brak mu systematyczności, umiejętności lidera i planu, a czasami ma nałogi; zamiast słuchać „filozofuje”, nie docenia i wywyższa się – czyli ma to co kiedyś nazwałem chorobą szerokiej koloratki, która zbyt wysoko unosi brodę, a z nią całą głowę.

W adhortacji  Christus vivit[1] Ojca świętego Franciszka możemy przeczytać:

Młodzież nie jest rzeczywistością, którą można analizować abstrakcyjnie. W rzeczywistości nie istnieje „młodzież”, ale są ludzie młodzi z ich konkretnym życiem. [Christus vivit 71]

Podobnie jest z salezjaninem. Wiem, że nie istnieje jeden taki w całości, ale nawet jeśli powyższy opis rozkłada się na nas wielu i zdajemy sobie, że nie łatwo byłoby zmieścić w jednej osobie wszystkie wymarzone cechy – mam też nadzieje, że nie ma nikogo w kim zmieściły by się wszystkie negatywy – to i tak wielkim wyzwaniem pozostaje jak wypielęgnować w sobie te marzenia młodzieży oraz jak ominąć każdą z tych gorzkich słabości.

Łatwo przychodzi o tym myśleć, rozważać, składać deklaracje itd. w trochę ponad życiowej sytuacji – kiedy jednak przychodzi codzienności z jej każdym detalem, każdą osobą, każdą sytuacją i problemem ich i moim, wszystko zaczyna wyglądać bardziej przyziemnie.

Nie mniejszym wyzwaniem stają się słowa Ojca świętego Franciszka:

Być może „my, którzy prowadzimy życie bardziej lub mniej wolne od trudności, nie potrafimy płakać”. Pewne realia życia można zobaczyć jedynie oczami obmytymi przez łzy. Zachęcam każdego do zadania sobie pytania: czy nauczyłem się płakać – kiedy widzę głodne dziecko, dziecko oszołomione narkotykami na ulicy, dziecko bezdomne, dziecko porzucone, dziecko wykorzystywane, dziecko będące niewolnikiem społeczeństwa? [Christus vivit 76]

Racja, nadal chyba nie umiem płakać. Te sytuacje, które mają skłaniać do łez określaliśmy z jednym z kolegów z nowicjatu sformułowaniem: każda taka sytuacja jest dla salezjanina, dla mnie, wyrzutem sumienia.
Pamiętam dokładnie sytuację z przed, powiedzmy pięćdziesięciu laty, kiedy przestałem płakać i na zewnątrz łzy nie wydostawały się nawet po odejściu bliskich osób. Może pewne wyjaśnienie, choć nie usprawiedliwienie tego zachowania daje Ernest Bryll:

Cóż, mężczyzna nie płacze. Tego się uczyłem
Od samego dzieciństwa. Coraz bardziej sucho
Miałem pod powiekami. I wzrok był ostrzejszy
I oddech spokojniejszy i świat jakby mniejszy
I mój głos w świecie nie brzęczał tak krucho
Cóż, mężczyzna nie płacze – bo zna swą bezsiłę
Uczy się milknąć i w ciemność odchodzić
Przyjaciół nie mieć, z wrogami się godzić

I tęsknić za łzą jedną co by z bożą łaską
Popłynęła mu z oczu zamiast ziaren piasku. [Cóż… Ernest Bryll]

Natomiast wyrzut sumienia bardzo często łączył i łączy się z bezsilnością, czasem z wściekłością z bezsilności, czasami z pomysłem na pomoc. A jeśli pojawiają się łzy, a od pewnego czasu pojawiają się, to płyną w momentach zupełnie innych, kiedy Ci młodzi zaskakują wielkością, szlachetnością, cudownością.

Wiem,że trzeba im mówić, choć nie wystarczy mówić o bliskości i pamięci, ale tak naprawdę zmienia się coś dopiero kiedy to ONI powiedzą o wadze tego czasu i działań – czasami powiedzą to zaraz, czasami po latach, czasami po śmierci, czasami nigdy – nie ważne, jeśli to dało wzrost.

[1] Posynodalna  adhortacja  apostolska Christus vivit Ojca świętego Franciszka. Do młodych i całego Ludu Bożego.
[Foto: Dariusz Bartocha sdb]

 

Author: Dariusz Bartocha

Share This Post On