Historie obrazu

Tytuł jest trochę mylący, właściwie to są historie wizerunku, choć o konkretnym obrazie będzie fragment historii. Prawdopodobnie któregoś dnia naszego życia zobaczyliśmy po raz pierwszy obraz i usłyszeliśmy cichą podpowiedź ze strony mamy albo babci: bozia.  W swoim życiu nie pamiętam tego dnia co chyba oczywiste, ale pamiętam obraz w domu dziadków, przed którym modliłem się jako dziecko. Ten mój pierwszy obraz to Święta Rodzina. Prawdopodobnie wielu z nas wie, jak on wygląda, w centrum małych chłopiec (Jezus), ubrany w białą albę przewiązana czerwoną szarfą, obok stoją Maryja i Józef. Ponad młodym Jezusem, w chmurze twarz mężczyzny z siwą brodą (Bóg Ojciec – oczywiście), a ponad Nim Gołębica – znak znów oczywisty. Puste przestrzenie nieba wypełniały cztery Aniołki, każdy (a może każda?) ubrany szatę odmiennego koloru. Aniołki, były dla mnie  ważne, bo często babcia, pokazując na obraz, mówiła, że jednym z Aniołków jest Ania – siostra, która zmarła, mając zaledwie 69 dni. Nawiasem mówiąc, rodziliśmy się jakby dzień po dniu: ja w sobotę, Ania w piątek, a Andrzej w czwartek.

Pamiętam z tego samego czasu, kościoła twarz Jezusa na krzyżu, to był duży krzyż, wtedy dla małego chłopca wydawał się nawet ogromnym. Twarz była cierpiąca, ale także pogodna. Nie mogłem się w nią wpatrywać, by krzyż był umieszczony na bocznej ścianie, a w czasie mszy świętej nie można było się rozglądać.

Kolejny obraz to ten z naszego domu, który po przeprowadzce do nowego mieszkania wylądował w naszym pokoju (moim i Andrzeja). Pewnie przez wielu uznany będzie za kiczowaty. Jezus w Getsemani, w nocnych kolorach z księżycem przesłoniętym fragmentem chmury, z Jezusem klęczącym ze złożonymi dłońmi opartymi o sporą skałę. Dal wypełnia panorama miasta z dziwną zabudową. Jego kolorystyka doskonale komponowała się z wieczorną modlitwą w ciemnym pokoju z ulicznym światłem wpadającym do pokoju. W czasie szkoły średniej, a może bardziej w czasie uczestnictwa w Oratorium przyniosłem do domu rysunek zrobiony grubym ołówkiem na bristolu. Była to twarzy Jezusa, być może Dobrego Pasterza, ale w tle zapełnionym nieokreślonymi kreskami pojawił się kształt – być może laski pasterskiej – ale mnie skojarzył się z rzemieniami, którymi Jezus przepędził kupców ze świątyni, dlatego takim cytatem opatrzyłem rysunek i umieściłem go na wewnętrznej stronie drzwi od szafy z książkami. Zaznajamianie się z duchowością salezjańska powinno zaowocować poszukiwaniem oblicza Dobrego Pasterza, ale widocznie to był jeszcze czas radykalizmu, w którym takie zdecydowane działania bardziej mi imponowały.

Kolejne oblicze Jezusa, które się pojawiło w moim życiu to, to najbardziej prawdziwe z całunu turyńskiego. Przeżywałem fascynacje w tym docieraniu do prawdziwego oblicza. Oczywiście stan zdjęć był bardzo różny, ale wydawało mi się to bardzo ważne, by zobaczyć prawdziwa twarz Jezusa.

Wreszcie ten wizerunek, który sprowokował mnie do wpisu. To obraz, który umieściłem we wpisie. W niedziele 3 sierpnia 1986 roku, w trzy dni po ostatnim dniu skupienia w nowicjacie (07.31) zapisałem kilka zdań w notatniku. Były to zapisy sytuacji, słów, spotkań itp. które odczytywałem jako fundamentalne dla mojej decyzji w kwestii powołania. Pojawił się tam zapis chwili przed tym obrazem – dopisałem, że było to prawdopodobnie w lutym 1983 rok, dziś też nie jestem pewny tej daty, wydaje mi się, że to było w cieplejszym miesiącu, ale jest bardzo prawdopodobne, że było to w tym czasie podczas rekolekcji w Kopcu. Ta chwila modlitwy była absolutnie zaskakująca – raczej nie było to doświadczeniem mistycznym – chyba że było, ale się na tym nie znam. Jest pewne, że najlepszym opisem tej fantastycznej chwili są słowa: spojrzał z miłością, tak często przywoływane w Ewangelii wobec powoływanych apostołów. To oblicze Jezusa młodzieńca – po latach nauczyłem się, by nazywać go, obrazem Serca Jezusowego – robi nadal na mnie wielkie wrażenie. Kaplica w nowicjacie była przez parę lat remontowana, zyskała nowy wystrój, a obraz znalazł swoje miejsce w magazynie. W 2016 roku zapytałem, czy mogę go otrzymać w prezencie? I tak się stało. Poprosiłem, by  Robert Kruczek trochę przyciął niekształtną deskę, na której był namalowany i tak otrzymał obecny kształt. Trochę przez przypadek dowiedzieliśmy się z Robertem, że obraz namalował salezjanin ks. Adam Skałbania, a repusowanie w srebrnej blasze robił jako swoją pierwszą pracę w tej technice inny salezjański artysta ks. Ignacy Ryndzionek. Takim sposobem obraz przywędrował ze mną do Oświęcimia, a ponieważ umieściłem go przy wejściu do kaplicy św. Jana Bosko, nie przypuszczam, by to miejsce porzucił.

Całe to opowiadanie o poszukiwaniu oblicza Jezusa zakończę dwoma obrazami. Jeden czasami smutny, to ten kiedy patrząc w lustro, jestem zły na siebie, bo zrobiłem coś źle, albo nie zrobiłem wszystkiego, tak jak powinienem, by to spojrzenie z miłością odwzajemnić, na szczęście często doświadczam, także przeciwnego uczucia. Jeszcze bardziej pocieszającymi są takie chwile, w których to potwierdzenie otrzymuje od młodzieży.

Drugi obraz, to ten, który pojawił się po lekturze dzieł wszystkich św. Jana od Krzyża.  Pewnego dnia w czasie porannego rozmyślania przeczytałem, że gdyby Bóg objawił mi się, gdybym z Nim mógł porozmawiać, to byłaby to jedna z większych przeszkód do poznania Boga. W pierwszym odruchu pomyślałem, ale jak? O co chodzi? Przecież to byłoby cudowne doświadczenie. A święty Jan wyjaśnia – racja, to byłoby piękne doświadczenie, ale  zmysłowe, a Bóg nie jest zmysłowy. Przyzwyczajenie do tego doświadczenia mogłoby stać się tak mocnym pragnieniem do jego powtarzania, że trudno byłoby dotrzeć do prawdziwej istoty Boga.

Pozostanę więc z cudownym doświadczenie spojrzenia miłością, zakochania się w obliczu jako takim i poszukiwania Boga najprawdziwszego.

Oświęcim,  2020.02.20
[Foto: Wojciech Zięcina sdb]

Author: Dariusz Bartocha

Share This Post On